If we were dogs

Dlaczego warto zgubić się z psem?

Grudzień to taki miesiąc, że zbiera się na wspomnienia. W pamięci mam pewnego rudego jegomościa, który spędził ze mną 18 lat.

page

O psa prosiłam rodziców jakoś tak odkąd zaczęłam mówić. Nigdy go nie dostałam, ale jak miałam 12 lat sama go sobie przyniosłam. Znalazłam szczeniora w miejscu uroczo zwanym „dzielnica cudów”, albo „piąta dzielnica”.  Potomek suki znanego w okolicy pijaczka Petersona (nomen omen nazwany przez właściciela „Sznaps” albo „Sznaps 4” bo wszyscy męscy potomkowie jego suki nazywali się „Sznaps”). Suka była przywiązana niewidzialną smyczą do nogi swojego Pana, taki typowy kundelek, który drepcze za obiektem uwielbienia (czy to w linii prostej, czy slalomem) i to bez żadnego szkolenia. Co więcej wielka matka, bo obdarowana kością z kurczaka w barze, gdzie się jej Pan stołował darła dobre 3 km, żeby ją zanieść szczeniakom i wracała do Pana do baru. Normalnie „Lassie wróć” wersja oławska. Szczeniaki miała, jak nie trudno zgadnąć często i po jednego z nich wybrałyśmy się z siostrą w tajemnicy przed rodzicami.

Niosłam tę śmierdzącą, zapchloną kulkę niczym największe szczęście. I jak to dziecko, miałam rację. Misiek (nigdy nie miałam talentu do nadawania imion) przedreptał ze mną kawał życia. Czy uprawiał psie sporty? Nie, jakoś wtedy nikt tak nie nazywał skakania i biegania i z psem, tak poprostu się tylko wygłupialiśmy. Zabierałam go wszędzie i często znikałam na długie godziny, kiedyś rodzice znaleźli mnie nad rzeką i wściekli opierniczyli z góry na dół, bo okazało się, że nie ma mnie w domu od rana. A to nie był czas telefonów komórkowych. Innym razem poszłam z Miśkiem w las, złapał nas zmrok i wracałam z psem na rękach, bo byłam przerażona wizją pożarcia przez dziką zwierzynę (nie pamiętam, czy bałam się, że zjedzą mi ci „oni” psa, czy sama lepiej się czułam jak go targałam pod pachą). Kiedy jest się głupim dziewczęciem, dobrze mieć przy sobie takiego wypierda. Sporo musiał taki pies znieść i nie wszystko zrobiłabym dziś tak samo. Mimo wszystkich błędów, twój pies jakoś tak rozumie. Aż czasami się trochę można zawstydzić zaglądając w jego oczy. Kiedy Miś był już bardzo mądrym i bardzo starym psem zrozumiał również, że wyjeżdżam, a on zostaje. Bo musiał zrozumieć. Rodzice opiekowali się nim bardzo dobrze, a w jego stanie przeprowadzka nie wchodziła w grę, mimo to w pół roku pies się postarzał tak szybko, że z miesiąca na miesiąc było go mniej. Kiedy pewnej nocy powędrował sobie już zupełnie daleko i nie wrócił, już jako dorosła osoba poczułam, jak boli strata i śmierć. Niby banał, no bo tak, to tylko pies, ale jeśli coś jest żywą częścią twojej rzeczywistości nie ma „tylko”, zawsze jest „aż”. I nie ważne jak stary jest zwierzak, boli tak samo.

Aktualnie godny następca Miśka przyprawia mnie o ból głowy i przedwczesną siwiznę, tak często, jak tylko się da. To łaciaty diabeł z różnymi „przypadłościami”, odkąd się zjawił nic nie jest takie samo, wszystko jest bardziej.

Wróciłam do długich spacerów, wyrywam na nie czas z zapchanych tzw. obowiązkami dni. Nic nie robię, a nagle kondycja jakby lepsza, mogę jeść ile wlezie a tyłek nie rośnie. Po przerwie wróciłam do biegania, bo jak nie ma czasu na długi spacer, to można krótko i intensywnie. Riko nie cierpi na nadmiar miłości do czworonogów, więc często wybieram mocno odludne miejsca, udało się poznać całkiem duży kawałek Wrocławia dzięki takim manewrom.

Znowu mogę gdzieś iść przed siebie i patrzeć na świat jego oczami (to ważne, żebym pierwsza zobaczyła sarnę, czy innego zwierza o ile nie mam ochoty na sprinty); uderzyło mnie w jakim głośnym i dziwnym świecie żyjemy, kiedy w fazie, jak bał się wszystkiego na ulicy zaczęłam ogarniać – trąbiące samochody, tramwaje, walizki na kółkach, ludzie głośno dyskutujący przez komórkę, motory, krzyczące dzieci (raz z niesionym w ramionach chyba metrowym misiem, innym razem z pierdyliardem balonów – tego nie dźwignęliśmy), dzieci na broni bezpośredniego rażenia – hulajnogi, rowerki, autka, babcie z laskami, babcie z wózeczkami zakupowymi, koty przyczajone pod samochodami (wyrżnąć zębami o maskę samochodu – bezcenne), tłum na przystanku i pusty parking. Wszystko to było straszne i należało to zaatakować, ewentualnie histerycznie szczekać, no dobra, koty nie były i nie są straszne, tylko smaczne. Teoretycznie jako przewodnik nie powinnam zwracać na to uwagi, bo daję psu sygnał że zwracamy na coś uwagę, dobrze powiedzieć, trudniej zrobić, musisz zwrócić uwagę na to do czego potencjalnie pies może wystartować z zębami. Podobał mi się odcinek z Victorią Stilwell, gdzie zasugerowała rodzinie żeby obejrzeli dom i to co robią psu z jego perspektywy, czyli z podłogi. Dobra, nie czołgałam się chodnikami, ale spojrzałam na to co mnie otacza inaczej i rzeczywiście dosyć to straszne i hałaśliwe. Nadaktywny pies wymaga aktywnego stylu życia. Chciałaś to masz.

Odkurzyłam księgi szkoleniowe i zaczęłam na nowo czytać o co z tymi psami chodzi, a do tego doszło karmienie BARFem i tona bardzo ciekawej wiedzy o psiej diecie, a przy okazji i ludzkiej.

Byłam szczeniarą i miałam bardzo mądrego i rozsądnego psa, teraz sama muszę być mądra i rozsądna, żeby łaciatego wariata z sałatą w głowie poprowadzić przez „dziwnyjesttenświat”.

 

Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on TumblrPrint this pageEmail this to someone

4 Comments

  1. Mały Czarny

    Wzruszająca historia:) A z Riko też tworzycie świetny team, trzymamy za Was kciuki!

    Reply
    1. Katarzyna (Post author)

      Dziękuję:) Trzymajcie kciuki, łapy i ogony:) coś na pewno zadziała.

      Reply
  2. Eliza

    Trafiłam tutaj… nawet nie pamiętam z jakiego bloga na ten, ale trafiłam.
    Serio? Trochę jakbym czytała o sobie, choć niezupełnie. Wychowałam się z suczą w typie ow. podhalańskiego – odeszła kiedy miałam 10 lat. Potem była sucza w typie moskala, możliwe, że krzyżówka kaukaza z moskalem. Druga trochę bardziej cięta na niektóre psy, ale obie to anioły w porównaniu z czarnym diabłem, którego adoptowałam 28.02 br. ze schroniska.
    Reaktywny jak Twój Riko. Po przyzwyczajeniu do spokojnego, statecznego miśka, który był już schorowany i nie mógł długo spacerować musiałam przestawić się na psa, który wymaga dużo ruchu, dużo pracy nad zachowaniem i również zmęczenia umysłowego. Moje życie odwróciło się w tym względzie o 180 stopni. Nagle prawie codziennie jest 1,5h spacer, ćwiczenie sztuczek, samokontroli, wymyślanie nowych sztuczek. Nie zliczę, ile godzin spędziłam na forach i czytając artykuły, żeby ogarnąć jego problemy z ekscytacją, nadpobudliwością, obmyślić jakiś plan działania. Robimy postępy. Dostałam psa dzikusa, mój wet nawet mówi, że pies się super zmienia, a nie jedna osoba by się poddała (z pierwszej adopcji wrócił do schroniska). Żaden z poprzednich psów w mojej rodzinie nie stwarzał takich problemów, nie wymagał takiej pracy, ale to właśnie z nim nawiązałam najgłębszą wieź, chociaż poprzednie kochałam. Dokładnie tak jak Ty – ogarnięcie takiego psa wymaga zrozumienia świata jego oczami, domyślenia się, co go może pobudzić i reakcji na czas. U nas nie ma szczekania na samochody, ludzi, hałas miejski itp., ale jest mega nakręcanie się na mijane psy, a jego instynkt łowiecki… no cóż – 2 razy zająca pogonił, a ile razy kota, to nie zliczę. 😉 Zjadł starą kanapę, ale jakoś mi jej nie żal. Ale tak jak piszesz taki pies wymaga ruszenia dupy (za to ile nowych miejsc można zwiedzić – lasy, rezezwaty, parki, łaki) , pogłębienia wiedzy na temat behawiorystyki, szkolenia – i to jest bardzo pozytywny wpływ na nasze życie. Mimo, że wariat, to nie zamieniłabym na żadnego innego. 🙂

    Będę zaglądać, fajnie piszesz. 🙂

    Reply
    1. Katarzyna (Post author)

      Dziękuję. Miło czytać, że też „walczysz” z dzikusem. Riko też adoptowany w lutym, może to jakiś taki sort postrzeleńców;) Wszystko co napisałaś podpisuję obiema rękami, trzeba zdecydowanie otworzyć głowę, żeby ogarnąć, ale jest ogromna satysfakcja z postępów.

      Reply

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Show Buttons
Hide Buttons