If we were dogs

Weterynarz, czy „weterynarz”?

W ostatnich tygodniach tułaliśmy się po lecznicach weterynaryjnych. Leczenie przypominało mi ludzkie wizyty u lekarzy, takich „prywatnych” i tych „na NFZ”.

Marne mam doświadczenie w leczeniu psów, mój pierwszy żył 18 lat i chadzał na szczepienia raz do roku. Zero problemów. Zadra jest twarda niczym GIJane. Weszłaby na minę, to by ją zepsuła. A Riko..no cóż. Pozwala mi zdobywać nowe doświadczenia w temacie wizyt weterynaryjnych.

Pierwszą chorobę odhaczyliśmy zaraz po adopcji, zapalenie górnych dróg oddechowych. Umowa adopcyjna gwarantuje bezpłatne leczenie psa w przypadku, kiedy choroba pojawi się w dwa tygodnie od opuszczenia schroniska. Skorzystałam wtedy chętnie, szczególnie, że wrażenie weterynarze zrobili na mnie pozytywne, a samo przeziębienie nie było niczym poważnym, gile z nosa i bolące ucho. No i złe samopoczucie, które zmyliło nas, że mamy spokojnego psa, który dużo śpi, potem dopiero okazało się że był przeziębiony.

full print 2choryzdrowyMniej zabawnie było w czerwcu. Podczas wyjazdu na szkolenie pies mi padł. Tak poprostu. Zwymiotował trzy razy, nie chciał chodzić, zrobił się siny, położył się na boku i odpłynął. W życiu tak się nie bałam. Tylko dzięki ekspresowej reakcji szkoleniowca, który jechał z nami swoim samochodem do weta niczym psie pogotowie, udało mi się sytuację ogarnąć, bo sama jeździłam na szkolenie komunikacją miejską i nie mam pojęcia jakbym Riko dotargała do weterynarza. Lecznica bardzo w porządku. Przygotowana. Zrobili mu pierdyliard badań, żeby dowiedzieć się co się stało. Krew, wątroba. nerki, serce, usg brzucha. Jedyne co pokazały badania, to nieznacznie podniesione dwa wskaźniki wątrobowe, ale nie na tyle, żeby mogło tak go skosić. Stanęło na tym, że potraktujemy to jako jednorazowy incydent i będziemy psa obserwować. Dostał tabletki, żeby wspomóc wątrobę i zalecenie diety. To co mi się zupełnie nie spodobało, to bardzo nachalne proponowanie karmy weterynaryjnej dla wątrobowców, którą to oczywiście można nabyć u weta. Raz, że karma od firmy za którą nie przepadam, a dwa, że wyniki nie wskazywały na dramatyczny stan wątroby, to było nieznacznie ponad normę, więc ta karma mocno na wyrost.

W sierpniu powyskakiwały Rikowi bąble, najpierw pod pachami i wyglądały jak obtarcia od szelek, zmieniłam szelki na obrożę i oglądałam co będzie dalej. Chwilę później zaczął być osowiały, szybko się męczył, jednocześnie zrobił się jakiś rozdrażniony. Całą klatkę i brzuch wysypało mu czerwonymi krostami, grzał jak piec martenowski. No to znowu do weterynarza. Pan doktor przemiły, rzucił okiem na bąble i zaaplikował steryd i antybiotyk. Nie poinformował mnie co podaje psu, musiałam dopytać. Nie obejrzał mu uszu, nie przejrzał sierści na grzbiecie. Powiedział, że to alergia na wodę z Odry. Zastrzyki dostał jeszcze przez dwa kolejne dni, pryskanie oxycortem i zakaz kąpieli.

Dwa dni po ostatnim zastrzyku zaczęło się paprać na serio. Nie kąpał się w Odrze, a na całym grzbiecie miał paskudne sączące się rany, brzuch w ropnych krostach. Idę do weta, dyżur miał już inny Pan, ale powiedział, że wie o co chodzi (szkoda tylko, że nie widział psa wcześniej). Ropne zapalenie skóry i antybiotyk. Zasugerował też steryd, ale tym razem odmówiłam, serio sterydy to rozwiązanie każdego problemu? Dodatkowo czułam sie, jak matkawariatka, która widzi problem, tam, gdzie go nie ma, za dużo gadałam i pytałam. Antybiotyk Riko jadł 10dni.

full print 2page

W tym czasie udało się nawet pojechać na tygodniowy urlop (klik)  , pies poczuł się lepiej, wyglądało nieźle. Dopóki nie skończyły się tabletki. Trzy dni po zakończonej antybiotykoterapii objawy wróciły ze zdwojoną siłą. Riko obgryzł się do łysych placków na zadzie w jakąś dobę..

Zmieniłam weterynarza. Maksymalne zaskoczenie podczas pierwszej wizyty. Pan Doktor zrobił bardzo szczegółowy wywiad, zaczynając od lutego, kiedy to psa adoptowałam ze schroniska. Pytał konsekwentnie o wszystko i cały czas notował. Zaczął oglądać skórę, pysk, uszy, zmierzył mu temperaturę (pierwszy wet powiedział, że nie trzeba). Pies miał skórę naprawdę zapapraną, a tu niespodzianka, nie dostał nic. Żadnych leków, zastrzyków. Od razu zrobili mu badania krwi, wyniki na miejscu. Pobrali wymazy z uszu i skóry grzbietu, a cała wizyta trwała dobre dwie godziny. Weterynarz nie zrobił nic bez wyników badań, za co wielce podziwiam, zero rutyny. Okazało się, że na skórze rozbujał się gronkowiec, ale to dzięki antybiogramowi, dowiedzieliśy się jaki, przez co można stosować tzw. leczenie celowane (antybiotyk dopasowany do szczepu bakterii). Zjadłam w swoim życiu trochę, antybiotyków, a nikt nigdy mi antybiogramu nie robił, tak swoją drogą.

Utrata wagi i osowiałość miała wskazywać na pasożyty (ale wyniki z kału były cacy), druga opcja tarczyca. Tarczyca też w porządku, hormony hulają jak trzeba (serio, przez chwilę myślałam, że on taki szalony przez nadczynność, ale nie, ten typ tak ma).

Została opcja z alergią pokarmową. Jedziemy teraz na diecie eliminacyjnej. właśnie skończył się antybiotyk i czekam na efekty. Skóra wygląda lepiej. Riko mniej się drapie, gryzie. Obserwuję.

Wnioski i istotne z mojej perspektywy spostrzeżenia?

Nic nowego, ale adopcja psa ze schroniska nie musi, ale może wiązać się ze sporymi kosztami. Wspieram całym sercem każdego, kto o tym myśli, ale nigdy nie ma gwarancji, że nie wyskoczy nagle wydatek, który np. sprawi, ze znowu odłożysz zrobienie prawa jazdy;)

Żadna karma nie gwarantuje, że coś się nie popapra. Bezzbożowa, bizony, farmazony. Może być źle, nawet na najlepszej karmie.

Nigdy nie kupować karm na wagę (może wykazałam się ignorancją, ale po opcji z uczuleniem na kurczaka kupiłam karmę rybną, na próbę i na wagę właśnie, wet złapał się za głowę, że absolutnie, roztocza, syf, kiła i mogiła, dla alergików ban na takie rozwiązania)

U weterynarza – pytać o wszystko, co się dzieje w gabinecie, a dotyczy Twojego psa i nie czuć się z tym dziwnie.

I na koniec odpuścić choć trochę, znaleźć takiego weta, któremu się zaufa, przestać przeszukiwac internet i zmierzać ku jego końcowi w celu zdiagnozowania swojego psa na własną rękę. Najbardziej, paradoksalnie, uspokoiło mnie zdanie, po zebranym wywiadzie i wstępnych badaniach, wypowiedziane z uroczym wschodnim akcentem „To może być wszystko.”

 

Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on TumblrPrint this pageEmail this to someone

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Show Buttons
Hide Buttons